Polowanie na jabłka nanerczowe czyli skąd biorą się orzechy nerkowca.

pomme cajou

Robiąc sobotnie zakupy na targu w Trinité ze zdziwieniem zauważyłam na jednym ze straganów pommes-cajou. Pierwszy i ostatni raz jadłam je trzy lata temu. Kolega przyniósł do pracy kilka owoców z rodzinnego ogrodu.

Nie zapamiętałam dokładnie ich smaku. Przypominam sobie tylko że musiałam zjeść je na miejscu, były niesamowicie delikatne i wystarczyło nacisnąć na pomarańczową skórkę, by owoc puścił obfity sok. Nie mogłam zabrać do domu ani jednego jabłuszka, choć z Podszewkiem mamy niepisaną umowę: ile razy udaje się nam spróbować czegoś nowego zabieramy kawałek do domu. Nawet jego koledzy z pracy z myślą o mnie zostawiają odrobinę potrawki z krabów przygotowywanej na wielkanocny szkolny obiad.

Pommes cajou zrobiły na mnie duże wrażenie, bo nie miałam pojęcia jak rosną nerkowce. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, ale gdyby ktoś mnie spytał pewnie obstawiłabym, że tak jak inne orzechy – włoskie czy laskowe. A tu się okazuje, że nerkowce zwisają z gałęzi poprzedzone soczystym „jabłkiem nanerczowym” przypominającym kształtem niewielką paprykę. Drzewo które daje jednocześnie owoce i orzechy wydało mi się fascynujące. Obrazek

Choć nanercz zachodni pochodzi z Ameryki Południowej, to na Martynice drzewa te widuje się dużo rzadziej niż blisko spokrewnione z nim, przywiezione do nas z Indii mangowce. Chyba nigdy nie miałam okazji zobaczyć nanercza na własne oczy. O owocach zdążyłam już niemal zapomnieć.

A tu wchodząc na targ widzę torebkę pełną żółtych „pommes cajou” w dłoni sprzedawczyni.

– No zobacz, dobrze, że w siatce nie ma dziur, bo przecież to już trudno nazwać owocami, to po prostu sok i marmolada! – przekupka pokazuje koleżance pakunek. Faktycznie, jabłka toną w we własnym, niemal bezbarwnym soku. Przypomina to trochę oranżadę w przezroczystych plastikowych torebkach sprzedawaną w czasach mojego dzieciństwa przed wejściem do warszawskiego ZOO. Owoce są niewielkie i żółte, wydają się niedojrzałe w porównianiu z tymi, których kiedyś próbowałam.

Mimo wszystko podskakuję z radości na ich widok.

– Skąd ma pani pommes-cajou? Normalnie nikt tego nie sprzedaje!

– A dostałam! Nigdy wcześniej nie próbowałam. Dziwne owoce. Podobno są smaczne, ale takie delikatne, zupełnie się rozgniotły. Zrobię z tego w domu sok, teraz nawet nie ma sensu tej torebki otwierać.

Gdyby jabłka były dojrzałe, to może spróbowałabym kilka wyłudzić. Ale paczuszka wyraźnie nie była na sprzedaż. Skoro zawodowa sprzedawczyni owoców nie miała ich nigdy okazji skosztować i dostała paczkę w prezencie, to nie ma co dyskutować. Kupiłam od niej kawałek tropikalnej dyni „giraumon” na surówkę i zielone „gombos” do usmażenia z cebulą i papryką i poszłam dalej.

Mam na targu kilka zaprzyjaźnionych sprzedawczyń. Wolę stragany na tyłach hangaru, gdzie na drewnianych stołach leży mniej produktów. Kupując papryczki czy pomarańcze co tydzień u tej samej osoby można czasem liczyć na niewielki rabat, albo zarezerwowanie jakiegoś smakołyku. Poza tym mając mniej klientów sprzedawcy mają czas na pogawędki i zawsze można się od nich czegoś ciekawego dowiedzieć.

Piszę o tym, bo tylko dzięki dobrym stosunkom z jedną ze starszych przekupek udało mi się jednak zdobyć pommes cajou. Ale nie od razu.

Mojej ulubionej sprzedawczyni arbuzów, młodej kobiety z rozmazanym tatuażem Betty Boop na dekolcie, tym razem na targu nie było. Jakoś przyzwyczaiłam się do jej bezpośredniego, ale pozbawionego nachalności sposobu bycia. Od początku mnie rozpoznawała i gdy tylko pojawiałam się obok jej straganu z uśmiechem pytała „Comment ça va ma cocotte?” (Ja się masz moja kurko?)

czesc sobotnich zakupow

Nie za bardzo wiedząc u kogo szukać smacznego arbuza zaczęłam rozglądać się po straganach i nagle na jednym ze stołów zauważyłam obok kasy trzy dojrzałe, pomarańczowe pommes cajou. I znów podskoczyłam z radości.

– Widzę, że zostały Pani trzy jabłuszka? Biorę wszystkie!

Okrągła, ciemna twarz przekupi lekko się wykrzywiła.

– Naprawdę lubisz pommes cajou? Są takie cierpkie! Ale nie, nie są na sprzedaż, dostałam je.

Postanowiłam, że tym razem nie ustąpie. Prezent czy nie, skoro ich nie lubi, to powinna dać się przekonać. Spróbowałam ją zmiękczyć kupując kilka marchewek. Nic z tego. Nadal patrzyła na mnie z niesmakiem. Za to udało mi się dowiedzieć kto taki potajemnie rozdaje pommes cajou na targu. Nieśpiesznym ruchem głowy sprzedawczyni marchewek wskazała mi siedzącą niedaleko staruszkę.

– To Man* Sylvie mi je dała.

Sprawy nie mogły potoczyć się lepiej! Man Sylvie znam dobrze, bo od dawna kupuję u niej świeżą gałkę muszkatołową i malutkie banany. Czasem przyprowadzałam też do niej wakacyjnych gości, bo domowej roboty poncz kokosowy z jej straganu nie ma sobie równych. Kilka miesięcy temu obdarowała mnie też aloesem z własnego ogrodu, żebym zgodnie z zaleceniami fizjoterapeuty mogła wyleczyć bliznę po operacji palca. Wiedziałam, że nie odmówi mi pommes cajou, nawet spod lady.

Man Sylvie to jedna z legend targu w Trinité. Nie wiem ile ma lat, ale na pewno dawno zdmuchnęła 80 świeczek. W młodości musiała być przepiękną kobietą. Szczupła, wysoka, dumnie wyprostowana, chowa pod kapeluszem długie, niemal siwe włosy. Wielkie ciemne oczy kontrastują z dość jasną karnacją. Man Sylvie trzęsą się dłonie i głos, mówi i rusza się powoli, ale nadal zna się na handlu. Trudno odejść od jej straganu z pustymi rękami. A może trochę wanilii? Albo banany? Mają dojrzeć na jutro, to dojrzeją, wcale nie są takie zielone! Nie? To może konfiturę z gojawy ? A to jest mąka z kłącza „Barbadosu”, to taka bulwa, dla dzieci niejadków. Jak jeszcze nie masz dzieci, to może chcesz orzechy koli, można je namoczyć w winie, to świetne na anemię. Ja oczywiście do niczego nie namawiam, ale obejrzyj co tutaj mam!

Ruszyłam więc w stronę straganu Man Sylvie, która na mój widok natychmiast wstała. Ale na jej stole nie zauważyłam ani jednego jabłka nanerczowego.

– Jak się masz? Późno dzis przyszłaś, byłaś rano w pracy? Zostało mi już niedużo bananów!

-ça va ça va! Man Sylvie, twoja sąsiadka mówi, że to ty dałaś jej w prezencie pommes cajou. Ale widzę, że już się skończyły?

Znów poczułam, że moje zainteresowanie tym owocem wydało się zaskakujące. Staruszka nie odpowiedziała, tylko otworzyła jedną z siatek schowanych przy kasie i wyjęła z niej trzy owoce. Bez słowa podała je sąsiadce – szczęśliwej posiadaczce wagi. 2€. Nie wiem po co ważyć owoce, skoro i tak takie paczuszki zawsze sprzedaje się w tej samej cenie. Może dla rytuału. Wolałam nie pytać, cena jak na owoce spod lady i tak wydała mi się niemal symboliczna. Spytałam Man Sylvie skąd pochodzą jej pommes cajou.

– A z Trinité, lokalne. A wiesz, że możesz zjeść ten orzech? Tylko trzeba go najpierw uprażyć.

– Na patelni, jak kawę?

– Ależ nieee! – zaprzeczyła z tym typowo lokalnym akcentem. Kreolskie „Mais nooon” jest zawsze pełne rozbawienia i politowania – Na żadnej patelni. W ogniu! Jak go nie upieczesz to możesz się poparzyć. Olejek ze świeżej skorupki piecze palce, trzeba te orzeszki uprażyć. Sama zobaczysz.

noix

Dokupiłam kilka bananów, wszystko ułożyłam w bawełnianej torbie tak, by inne owoce nie zgniotły delikatnych jabłuszek i pognałam do domu. Podszewek nigdy nie miał okazji spróbować pommes cajou. Z radością pokazałam mu cudem zdobyte skarby.

– Zgadnij co to jest!

Mój towarzysz ma dużo mniej ekstatyczne nastawienie do próbowania nowych owoców. Smakują nam zupełnie inne rzeczy więc na moje eksperymenty często reaguje podejrzliwie. Źle wspomina żucie gorzkich orzechów koli a moich imbirowych, ostrych jak diabli domowych cukierków nie jada nawet z grzeczności. Gdyby to on robił zakupy jedlibyśmy tylko słodke ananasy, melony i wielkie pozbawione włókien mango importowane z Dominikany. Na nowe znalezisko spojrzał więc najpierw niechętnie. Ale po chwili uśmiechnął się.

– Pommes d’eau! Owoce czapetki malajskiej! Lubię pommes d’eau.

– Pudło. Popatrz na ogonek. To nie jest czapetka. Choć kształt ma podobny, masz rację.

– Poddaję się. Wiesz że nie znam nawet nazw tych owoców, ktore jemy często. Wszystko mi się myli.

– Ten ogonek to orzech nerkowca w łupince, zobacz! Niesamowite, nie? I wyobrażasz sobie, że jedna starsza kobieta, która miała je na targu, nigdy ich nie jadła? I że zrobi z nich sok?

– Ty byś chciała, żeby wszyscy wcinali owoce tak jak ty. Przecież moi koledzy z pracy prawie nigdy nie jedzą owoców ot tak, na surowo. Wszystko przerabiają na soki. Claudine ma całą zamrażarkę soków domowej roboty. Ale wiesz co… spróbuję tych jabłek, będę mógł się przed nimi pochwalić, skoro to takie rzadkie owoce.

Bardzo delikatnie umyłam pommes cajou, które przy każdym dotknięciu wypuszczały coraz wiecej soku. Podszewek ugryzł pierwsze jabłko zalewając sobie całą brodę.

– To bardzo intrygujący smak. Połowa mi wystarczy. Nie jest złe… ale ma w sobie coś dziwnego. Możnaby z nich robić gumę do żucia.

Żeby uniknąć kolejnego potopu resztę jabłek postanowiłam pokroić. Nawet pod ostrym nożem jabłko zachowywało się trochę jak gąbka: wypuszczało bardzo dużo wody jednocześnie stawiając opór miąższem. Jakby łatwiej było je zgnieść niż pokroić. Udalo mi się jednak przygotować niewielkie kawałki krojąc owoce nad miseczką, by zmarnować jak najmniej soku.

Gryząc pierwszy kawałek zrozumiałam co miał na myśli Podszewek. Guma do żucia! To prawda, przy każdym kęsie owoc rozkładał się na niesamowicie orzeźwiający sok i gumiasty miąższ, włókna trudno było przegryźć, ale wcale nie było to nieprzyjemne. Nie potrafię sobie przypomnieć czy tak samo zachowywało się pierwsze jabłuszko, które jadłam trzy lata temu. Taki owoc byłby genialny na długą wędrówkę po górach. Niesamowicie gasi pragnienie! Jedząc kolejny kawałek zastanawiałam się jak opisać smak pommes cajou. Nie są za słodkie, wcale nie są kwaśne… Za to w ich leciutką słodycz wpleciona jest cierpka nuta, która mnie kojarzy się z pieprzem. Bardzo ciekawy smak. Może faktycznie zrobienie z nich soku nie jest złym pomysłem. Zmrożony byłby idealnym napojem na upał.pomme cajou

Pommes cajou to pewnie jedne z tych owoców, których nie opłaca się sprzedawać, są za delikatne.

Zastanawiam się co dzieje się z jabłkami z plantacji, z których pochodzą sprzedawane w sklepach nerkowce. Spadają na ziemię wraz z orzechami rozpadając jak zbyt dojrzały pomidor? Albo jedzą je ptaki? Może gaszą pragnienie robotników? Szperając w internecie trafiłam na film z Senegalu – tam z owoców robi się delikatny alkohol, coś w rodzaju cydru. A u nas?Ciekawe, czy na Martynice jest chociaż jedna prawdziwa nanerczowa plantacja.

A Wy mieliście okazję spróbować pomme cajou?

* Man to po kreolsku „pani”, ale słowo to tak „przykleja się” do imienia niektórych osób, szczególnie starszych szanowanych kobiet, że używane jest często nawet w rozmowach po francusku.

Reklamy

2 responses to “Polowanie na jabłka nanerczowe czyli skąd biorą się orzechy nerkowca.

  1. Pingback: Pogaduszki z targu czyli o korzyściach płynących ze stania w korkach. | martynika od podszewki

  2. Dzień dobry, ad vocem orzechów, dopóki nie zobaczyłam filmu dokumentalnego nie wiedziałam, że jeszcze w kraju pochodzenia, wrzuca się je do „rondla” by poddać obróbce technicznej, by pozbyć się niechcianych substancji, i że przy tym można się zranić…Pozdrawiam,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Enter your email address to follow this blog and receive notifications of new posts by email.

Dołącz do 15 obserwujących.

Starocie

%d blogerów lubi to: