Pogaduszki z targu czyli o korzyściach płynących ze stania w korkach.

pommes malacca (C) AFT

pommes malacca (C) AFT

Każda wizyta na targu mogłaby być pretekstem do nowej opowieści. Stragany w Trinité regularnie zaczęłam odwiedzać tak naprawdę dopiero we wrześniu. W tym roku szkolnym w wyniku nowej reformy dzieci mają lekcje w sobotnie poranki, Podszewek pracuje więc do jedenastej, a ja pozwalam sobie na kilka godzin plątania się wybierając to, co będziemy jedli przez następne kilka dni. Zaglądam na targ w moim miasteczku, czasem wpadam do rybaków w dzielnicy Tartane albo do bretońskiej piekarni w pobliskim miateczku Sainte-Marie, jedynym miejscu w okolicy gdzie mozna znaleźć naprawdę dobry chleb. A także przepyszne „bonbon chouval” – słodkie ciastka w kształcie konika.

Ciastko chouval bwa (C) AFT

Ciastko „bonbon chouval” (C) AFT

Wcześniej wolałam zamawiać co piątek gotowy koszyk warzyw i owoców od stowarzyszenia „Les Jardins de Martinique”. To był naprawdę fajny system: za 18€ dostawałam wielką torbę swieżych produktów i kartkę z informacjami o ich własciwościach odżywczych i zdrowotnych oraz, co najważniejsze, z kilkoma przepisami. Prezydent „Les Jardins des Martinique” wyjaśnił mi kiedyś, że stowarzyszenie narodziło się z potrzeby czegoś, co można nazwać „wtórną edukacją żywieniową”. Zdał sobie bowiem sprawę, że przyjaciele jego dzieci nie znają większości owoców i warzyw rosnących na wyspie. A nawet jesli znają, to w domu dużo częściej jedzą produkty sprowadzane z Francji. Dziennik France Antilles potwierdził zresztą jego obserwacje – podobno najlepiej sprzedającym się na Martynice owocem jest… jabłko. Jeszcze lepiej niż jabłka sprzedają się oczywiście mrożone frytki i pizza, więc coraz więcej osób, nawet małych dzieci, ma bardzo poważne problemy z nadwagą.

Jeden z warzywno-owocowych koszy.

Jeden z warzywno-owocowych koszy. (C) AFT

„Jardins de Martinique” pozwala osobom mieszkającym w mieście tanio zaopatrzyć się w lokalne, swieże produkty. Mieszkańcy okolic Fort-de-France nie muszą nawet wychodzić z domu, paczka trafia wprost pod ich drzwi. Stowarzyszenie proponuje też staże osobom, które chcą nauczyć się uprawy warzyw i organizuje darmowe mini-kursy ogrodnictwa podczas festynów. Mają dużo pracy, bo wiele osób naprawdę straciło kontakt z prawdziwym jedzeniem i podobno zdarza się, że klienci dzwonią z pretensjami: Dlaczego te marchewki są takie krzywe i brudne?

Warsztaty ogrodnicze Jardins de Martinique (C) AFT

Ekspresowe warsztaty ogrodnicze Jardins de Martinique (C) AFT

Do pracy zatrudnia młodych, niewykształconych ludzi. Oferuje im nauczenie sie nowego zawodu korzystając z dotacji państwowych. Poziom bezrobocia wśród młodych osób przekracza 50%, a wyspa, choć posiada bogatą glebę i sprzyjający klimat, jest kompletnie uzależniona od importu produktów żywnościowych. Inicjatywa „Jardins de Martinique” jest więc godna uznania.

Póki często bywałam w Fort-de-France z przyjemnością korzystałam z ich oferty i w piątki zawsze wracałam do domu samochodem pachnącym swieżymi ziołami. Ale w tym roku cześciej ograniczam się do sobotniego targu w Trinité. Postanowiłam „oswoić” moje miasto, które wydawało mi się z początku pozbawione uroku. Od kiedy zaczęłam pojawiać się na targu w sobotnie poranki zostałam „zaadoptowana” przez sprzedawców i stałych bywalców. I wreszcie polubiłam Trinité.

Pommes d'eau na straganie przy drodze

Pommes d’eau na straganie przy drodze (C) AFT

W ostatnią sobotę jeszcze przed wizytą na targu musiałam zdobyć jedzenie dla psów. „Zdobyć” – bo dotarcie do sklepu wymagało przedarcia się przez korki spowodowane otwarciem niektórych stacji benzynowych po pięciu dniach strajku rafinerii. Istne szaleństwo… które powtarza się u nas dość regularnie. Korki dostarczyły mi jednak powodu do radości – z okna samochodu zauważyłam na przydrożnym straganie pommes d’eau – malutkie orzeźwiajace jabłuszka, pierwsze w tym sezonie. To z nimi Podszewek pomylił jabłka nanerczowe. Korzystając z tłoku na drodze pobiegłam więc kupić kilka owoców. Pommes d’eau nie mają zbyt mocnego smaku, ale przyjemnie orzeźwiają. Są jednocześnie chrupiące i pełne soku.

Na szerszych drogach korki można ominąć.  Stacja, której dach widać po prawej stronie jes zamknięta. Kolejka ustawiła się do następnej. (C) AFT

Na szerszych drogach korki można ominąć.
Stacja, której dach widać po prawej stronie jes zamknięta. Kolejka ustawiła się do następnej.
(C) AFT

Aby dostać się na targ w Trinité rownież musiałam cierpliwie przeczekać korki – tym razem spowodowane brakiem miejsc parkingowych. Stałam więc długo zablokowana w uliczce tuż obok hali targowej i z nudów otworzyłam okna samochodu by podsłuchać rozmowy z baru serwującego wędzone kurczaki. Rozbawił mnie starszy facet w białych kaloszach podrywający rowieśniczkę. Miała już całkiem siwe włosy, ale najwyraźniej nadal sporo uroku. Bo jej wiek wcale nie przeszkadzał panu w kaloszach wpatrywać się w jej okrągłe pośladki gdy tylko pod byle pretekstem odwracała się do niego tyłem. Wiedziała czym go skusić. Co za optymistyczna wizja starości ! Siedziałam więc w samochodzie uśmiechając sie od ucha do ucha mimo chaosu panującego na drodze, co przyciagnęło uwagę jednego ze sprzedawców z hali targowej. Popatrzył na mnie z daleka, usmiechnął się, pomachał. No to ja też pomachałam. Po chwili facet stał już obok drzwi samochodu.

– Jestem pod wrażeniem twojego dobrego humoru. – oświadczył ze zdziwieniem.

– To te korki! Korki zawsze wprawają mnie w niesamowity nastrój. – zażartowałam. –Zobacz, siedzę sobie w wygodnym fotelu, nic nie muszę robić! A tak na poważnie, wiesz czemu zagrodzono parking? Nie ma gdzie stanąć!

– Mają tam przenieść targ za kilka dni, na czas remontu hangaru. I to na parę dobrych miesięcy. Już zaczęli stawiać namioty. – odpowiedział.

Do tej pory nigdy z nim nie rozmawiałam, nie wydawał mi się ani gadatliwy ani specjalnie uprzejmy. Sprzedawał ładne przemioty z tykwy i kokosa, ale nigdy nic u niego nie kupiłam. Jego stragan traktowałam trochę jak „miejsce dla turystów”. Teraz przyjrzałam się mu z większym zaineresowaniem. Wydawał się serdeczny i nawet nie próbował zaglądać mi w dekolt. Ewenement na Karaibach! Ale samochody z przodu wreszcie zaczęły ruszać.

– Wiesz co, wpadnę do Ciebie jak uda mi się zaparkować. – krzyknęłam.

owoce na targu

owoce na targu (C) AFT

Rzadko zdarza mi się przychodzić na targ tak późno. Najlepsze smakołyki zdążyły dawno zniknąć. Ale na stoisku Riki zauważyłam pommes malacca- malutkie różowe jabłusza w kształcie piramid. To zdecydowanie jabłkowy dzień!

Rika na targu pojawia się tylko w soboty. Sprzedaje sadzonki rzadkich drzew, oliwkę „carapate” do „czarnych” wlosów, orzechy koli, owoce ze swojego ogrodu, (w tym moje ulubione dżakfruty) oraz przeróżne rzeczy, ktore uda się jej dostać albo zebrać. Nikt inny nie ma dżakfrutów, więc z przymusu stałam się jej stałą klientką choć wydawała mi się bardzo męczaca. Nigdy nie podawała cen produktów – trzeba było najpierw podać jej listę sprawunków, a ona wyceniała wartość całości. Często zdecydowanie za wysoko. Starała się wmuszać dodatkowe zakupy.

-Nie mam jak wydać reszty, dam Ci dodatowo cztery pomarańcze. – negocjowała

– Ale ja nie chcę pomarańczy! – kientka próbowała się bronić.

– To może chcesz skórzaną torbę? Dostałam od koleżanki, ale co ja zrobię ze skórzaną torbą w lesie? Zobacz: piękna, nowa, elegancka, dorzucisz mi 10€ i jest twoja.

Mimo jej męczącego charakteru oswoiłyśmy się wzajemnie. Ona pojęła, że nie wciśnie mi byle czego. Ja zrozumialam, że to co brałam za pazerność jest walką o przetrwanie. Odwiedziłam jej „las” – starannie uprawiany teren w górach, gdzie Rika zamieszkała w chatce z blachy falistej. Z bitą ziemią zastępującą podłogę. Bez prądu i bieżącej wody, za to ze stadem kotów i kaczek, a nawet kilkoma papugami. Całe to stado trzeba wykarmić, a koty trudno zadowolić bananami. Zaczęłyśmy się wymieniać różnymi rzeczami. Rice w górach brakowało książek.

kuchnia 2

Kuchnia w domu Riki (C) AFT

– Nie masz może jakichś starych kryminałów? Najlepiej amerykańskich? Bez zawracania głowy, coś dynamicznego! – spytała jak zawsze bez ogródek, dokładnie wyjaśniając czego chce. Za dwie stare książki dostałam od niej torbę „caramboles” i orzechy koli.

Tym razem do pommes malacca dorzuciła mi resztkę dżakfruta – to co zostało ze sprzedaży owocu „na kromki”. Dostałam też malutkie banany, wanilię i kolę. Banany od Riki nie są specjalnie ładne, bo niczym ich nie pryska. Ale dojrzałe smakują jak słodki dżem.

Rika opowiada o rzadkich owocach (C)

Rika opowiada o rzadkich owocach (C)

Jak zawsze posiedziałam z nią chwilę, w kucki, bo Rika nie ma stołu – jej stragan to płachta rozlożona na ziemi. Pogadałyśmy o epidemii chikungunyi, o koncertach reggae, o tym że na naszą jasną skórę oliwkę kokosową można nakładać co najwyżej raz w miesiącu. Pokazała mi nowe ręczniki, które dostała w prezencie od innej klientki. Była wyraźnie zadowolona. Nie udało mi się dokładnie dowiedzieć skąd pochodzi Rika. Opowiadała mi, że jako bezdomna gówniara kradła ksiażki z biblioteki Schoelcher, ale chyba urodziła się we Francji. Ma południowy typ urody, gęste kręcone włosy i tylko delikatny ślad kreolskiego akcentu.

Następnie ruszyłam w stronę straganu Man Sylvie. Staruszka akurat gawędziła z koleżanką przy umywalkach, ale na mój widok ruszyła całkiem młodzieńczym krokiem. Na jej stole jednak nie było już prawie żadnych warzyw. Poprosiłam o torebkę kurkumy. Nagle w jednej z siatek ujrzalam dymki i przepiękne oberżyny; jasno fioletowe w białe paski.

– Man Sylvie, to jest pewnie siatka zarezerwowana dla jakiegoś zarzyjaźnionego klienta? – spytałam.

– Tak tak, to już nie jest na sprzedaż. A co byś chciała? Dymki do sosu „chien”? –Man Sylvie już zaczęła się krzątać, by przynieść mi „oignons pays” od którejś z koleżanek.

– Nie nie, dymki mogę kupić u kogoś innego, ale te oberżyny wyglądają na bardzo smaczne. Szkoda. To poproszę tylko kurkumę, Man Sylvie. – zdecydowałam i zajrzałam do torebki w poszukiwaniu pieniędzy. W tym ułamku sekundy staruszka zdążyła zniknąć. Zglupiałam. Po chwili zauważyłam, że wraca z innego straganu.

– Możesz kupić te oberżyny, dwie za 2€. – oświadczyła

– Ale ktoś je zarezerwował? – zdziwiłam się. Kogo objadam z bakłażanów?

– Nie, to były moje własne zakupy. – wyjaśniła Man Sylvie. – To razem 4€.

– Man Sylvie, nie chce ci odejmować jedzenia od ust. – zrobiło mi się trochę głupio.

– Mówię ci, że są twoje! Gdyby to był problem to bym ci ich nie dała. Dostanę moje oberżyny, o mnie się nie martw. – uśmiechnęła się. – Ale zrób coś dla mnie, jeśli potrzebne ci dymki to kup je od tej pani przy wyjściu, tej w zielonej bluzce.

– I tak wybieram się do niej po swieże colombo. Jeszcze raz bardzo Ci dziekuję. Miłego weekendu! – życzyłam jej odchodząc.

– Miłego weekendu Zesłania Ducha Świętego! Do zobaczenia za tydzień. Si Dieu le veut!– tradycyjnie zakonczyła rozmowę staruszka. Jeśli Bóg zechce.

Oberzyny od Man Sylvie (C) AFT

Bakłażan od Man Sylvie (C) AFT

 

 Wskazana przez nią sprzedawczyni jednak dymek już nie miała. Kupiłam więc dynię i swieże colombo – gęstą pastę w intensywnie żółtym kolorze, naszą lokalną odmianę curry, przywiezioną na Martynikę przez hinduskich robotników.

W końcu dotarłam do straganu z rękodziełem.

– Wróciłaś. – Sprzedawca uśmiechnął się.- A skąd przywiozłas taki akcent?

– Z Polski!

– Z Polski! Chciałem pojechać do Polski w 1990 roku, w końcu skończyło się na Grecji. Zawsze ciągnęło mnie do tych wszystkich nieznanych regionów Europy. Ukraina, Bałkany. Ale jak wybierałem się na Bałkany wybuchła wojna. Może kiedyś… – rozmarzył się. – Miło widzieć cię na targu, zawsze mnie cieszy gdy obcokrajowcy interesują się takim prawdziwym życiem. Widzę, że znasz Man Sylvie, co za dama. To jest kolumna, która to wszystko utrzymuje! Urodziłem się w tej samej dzielnicy. Widziała mnie w brzuchu mojej mamy!

Juz nawet nie potrafię sobie przypomnieć wszystkich tematów rozmowy z Guy-Albert – ani sie obejrzałam, a minęła godzina. A ja nadal oglądałam wyblakłe zdjęcia, pudełka wypełnione kolorowymi proszkami i przedmioty z tykwy. Dopiero gdy dobrze sie im przyjrzałam, zauważyłam, że są wykonane dużo staranniej niż rzeczy, które oglądałam u innych sprzedawców. Naturalne miski Guy-Albert wyposażył w antypoślizgową podstawkę zrobioną z czarnego, wulkanicznego piasku. Wyjaśnił mi jaki rodzaj materiału wybiera do zrobienia każdego przedmiotu. Na przykład marakasy wypełnia jedynie ziarenkami „kalendy”.

– Te ziarna dają najpiękniejszy dźwięk. Naprawdę, na 20 dużych „cha-cha” które usłyszysz podczas karnawału 19 został zamówionych u mnie. Ludzie wiedzą, że moje są najlepsze, starannie zrobione. Niektórzy wrzucają do marakasów fasolę albo nawet żwir, ale taki instrument brzmi źle, nie śpiewa. Ja nie robię byle czego. Sprawdziłem jak w przeszłości robiono takie rzeczy, jeśli wybierano jakiś materiał to nie bez powodu. Widzisz na przykład uchwyty moich chochli? Po to drewno jeżdzę w do Le Lorrain, niedaleko rzeki. Jeśli nie znasz, to musisz się tam wybrać, to najpiekszejsze miejsce do kąpieli na całej Martynice. Rosną tam „palétuviers”, ale nie takie jak na namorzynach, to inny gatunek. Żadne inne drzewo nie jest tak odporne. Zobacz! – Guy-Albert podaje mi widelec zrobiony z wyciętego w ząbki kawałka kokosa z doczepioną drewnianą rączką o średnicy zaledwie kilku milimetrów. – Nie da się tego złamać!

Grzechotka z tykwy zriobiona przez Guy-Alberta (C) AFT

Grzechotka z tykwy zriobiona przez Guy-Alberta (C) AFT

Sprzedawca zaczął wyciągać spod stołu kolejne przedmioty, stare drewniane szkatułki dziwne pakunki. Pokazał mi zdjęcia wyplatanych przez siebie koszy.

-Od kogo nauczyłeś si plecionkarstwa? – spytałam

– Nie wiem od kogo, po prostu się w tym urodziłem! – odparł.

– I spałeś w wiklinowej kołysce? – roześmiałam się

– Spałem w koszu! – krzyknął – I wiesz, ubóstwiam takie starocie. Ale ludzie wyrzucają meble z duszą. Chcą nowości. W tym tygodniu na śmietniku znalazłem glinianą wanienkę do mycia niemowlaków. Ma pewnie ze sto lat. Czasem mówię mojej żonie „Chciałbym zamieszkać na wysypisku! Wybierałbym zranione przedmioty i wszystkie naprawiał!”.

Guy-Albert zupełnie nie namawiał mnie do kupowania, wręcz przeciwnie. Poprosiłam go o trochę mielonej „kawy śmierdzący krzaczek” – brązowego proszku robionego z niewielkiej rośliny, mającej działanie pobudzające, ale nie był zainteresowany sprzedażą.

– E tam. Jest strasznie mocna i brzydko pachnie. – odłożył paczuszkę na stół kontynuując opowieść. Widać było, że ma olbrzymią wiedzę o tradycjach martynikańskiej wsi. Część pamiętał z dzieciństwa, o resztę dopytał.

– Robiłem tak jak ty, chodziłem i pytałem. Czasem ktoś mówił bzdury. Czasem trzeba znaleźć innego informatora. My jesteśmy takim młodym społeczeństwem, a o tylu rzeczach już nie pamiętamy. Czasem ktoś się chwali, że coś wymyślił. A to już przecież dawno istniało. Wiesz jak moja mama piekła ciasto?

– W piekarniku? – spytałam naiwnie.

– No wlaśnie nie mieliśmy piekarnika! – roześmiał się – A to wcale nie było tak dawno temu, na początku lat 50tych. Moja mama wkladała ciasto do glinianego kociołka, a potem ten kociołek obkładała kamieniami wyciągniętymi z ognia. Nauczyła się tego od swoich rodziców. A ja nauczyłem tego moich synów. Zawsze im mówię: co zrobicie jak przyjdzie wielkie trzęsienie ziemi? Trzeba umieć sobie radzić bez gazu i elektryczności. Będą potrafili sobie poradzić. Nawet jak nie bedzie się dało zjechać z gór do miasta, wszystko znajdą na miejscu. Będą się potrafili wyleczyć, nasz ogród to prawdziwa apteka.

– Skoro znasz się na leczniczych roślinach, to może powiesz mi coś o drzewie, które wszyscy polecają na chikungunyę? Moringa. To taka przejściowa moda czy naprawdę jest niezwykłe?

– Na pewno teraz zrobiło się modne, więcej sie o niej mówi, ale moringę zawsze ceniono. Mam tu suszone liście w proszku, poczekaj. Zresztą usiądź sobie – Guy-Albert wyjął zielony słoik. – Dam Ci trochę. O nic mnie nie prosiłaś, to prezent. Posypuj nią codziennie jedzenie, na pewno będzie ci lepiej.

Proszek z liści drzewa moringa. (C) AFT

Proszek z liści drzewa moringa z Kapokiem w tle. (C) AFT

– Bardzo Ci dziekuję Guy-Albert. – uśmiechnęłam się zanurzając nos w papierowej torebce. – Pachnie trochę jak henna. Jeśli dzięki Tobie poczuję się lepiej to będę ci dozgonnie wdzięczna.

Rozmawialiśmy tak długo, że większość przekupek zdążyło posprzątać stragany, targ opustoszał. Za ostanie grosze wygrzebane z torebki kupiłam od nowego znajomego maleńką grzechotkę z tykwy, wypełnioną ziarnami „kalenda”. Oryginalny prezent dla nowonarodzonego bratanka Podszewka. Jeśli tylko będę potrafiła się z nią rozstać.

zakupy (C) AFT

zakupy (C) AFT

Reklamy

Polowanie na jabłka nanerczowe czyli skąd biorą się orzechy nerkowca.

pomme cajou

Robiąc sobotnie zakupy na targu w Trinité ze zdziwieniem zauważyłam na jednym ze straganów pommes-cajou. Pierwszy i ostatni raz jadłam je trzy lata temu. Kolega przyniósł do pracy kilka owoców z rodzinnego ogrodu.

Nie zapamiętałam dokładnie ich smaku. Przypominam sobie tylko że musiałam zjeść je na miejscu, były niesamowicie delikatne i wystarczyło nacisnąć na pomarańczową skórkę, by owoc puścił obfity sok. Nie mogłam zabrać do domu ani jednego jabłuszka, choć z Podszewkiem mamy niepisaną umowę: ile razy udaje się nam spróbować czegoś nowego zabieramy kawałek do domu. Nawet jego koledzy z pracy z myślą o mnie zostawiają odrobinę potrawki z krabów przygotowywanej na wielkanocny szkolny obiad.

Pommes cajou zrobiły na mnie duże wrażenie, bo nie miałam pojęcia jak rosną nerkowce. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, ale gdyby ktoś mnie spytał pewnie obstawiłabym, że tak jak inne orzechy – włoskie czy laskowe. A tu się okazuje, że nerkowce zwisają z gałęzi poprzedzone soczystym „jabłkiem nanerczowym” przypominającym kształtem niewielką paprykę. Drzewo które daje jednocześnie owoce i orzechy wydało mi się fascynujące. Obrazek

Choć nanercz zachodni pochodzi z Ameryki Południowej, to na Martynice drzewa te widuje się dużo rzadziej niż blisko spokrewnione z nim, przywiezione do nas z Indii mangowce. Chyba nigdy nie miałam okazji zobaczyć nanercza na własne oczy. O owocach zdążyłam już niemal zapomnieć.

A tu wchodząc na targ widzę torebkę pełną żółtych „pommes cajou” w dłoni sprzedawczyni.

– No zobacz, dobrze, że w siatce nie ma dziur, bo przecież to już trudno nazwać owocami, to po prostu sok i marmolada! – przekupka pokazuje koleżance pakunek. Faktycznie, jabłka toną w we własnym, niemal bezbarwnym soku. Przypomina to trochę oranżadę w przezroczystych plastikowych torebkach sprzedawaną w czasach mojego dzieciństwa przed wejściem do warszawskiego ZOO. Owoce są niewielkie i żółte, wydają się niedojrzałe w porównianiu z tymi, których kiedyś próbowałam.

Mimo wszystko podskakuję z radości na ich widok.

– Skąd ma pani pommes-cajou? Normalnie nikt tego nie sprzedaje!

– A dostałam! Nigdy wcześniej nie próbowałam. Dziwne owoce. Podobno są smaczne, ale takie delikatne, zupełnie się rozgniotły. Zrobię z tego w domu sok, teraz nawet nie ma sensu tej torebki otwierać.

Gdyby jabłka były dojrzałe, to może spróbowałabym kilka wyłudzić. Ale paczuszka wyraźnie nie była na sprzedaż. Skoro zawodowa sprzedawczyni owoców nie miała ich nigdy okazji skosztować i dostała paczkę w prezencie, to nie ma co dyskutować. Kupiłam od niej kawałek tropikalnej dyni „giraumon” na surówkę i zielone „gombos” do usmażenia z cebulą i papryką i poszłam dalej.

Mam na targu kilka zaprzyjaźnionych sprzedawczyń. Wolę stragany na tyłach hangaru, gdzie na drewnianych stołach leży mniej produktów. Kupując papryczki czy pomarańcze co tydzień u tej samej osoby można czasem liczyć na niewielki rabat, albo zarezerwowanie jakiegoś smakołyku. Poza tym mając mniej klientów sprzedawcy mają czas na pogawędki i zawsze można się od nich czegoś ciekawego dowiedzieć.

Piszę o tym, bo tylko dzięki dobrym stosunkom z jedną ze starszych przekupek udało mi się jednak zdobyć pommes cajou. Ale nie od razu.

Mojej ulubionej sprzedawczyni arbuzów, młodej kobiety z rozmazanym tatuażem Betty Boop na dekolcie, tym razem na targu nie było. Jakoś przyzwyczaiłam się do jej bezpośredniego, ale pozbawionego nachalności sposobu bycia. Od początku mnie rozpoznawała i gdy tylko pojawiałam się obok jej straganu z uśmiechem pytała „Comment ça va ma cocotte?” (Ja się masz moja kurko?)

czesc sobotnich zakupow

Nie za bardzo wiedząc u kogo szukać smacznego arbuza zaczęłam rozglądać się po straganach i nagle na jednym ze stołów zauważyłam obok kasy trzy dojrzałe, pomarańczowe pommes cajou. I znów podskoczyłam z radości.

– Widzę, że zostały Pani trzy jabłuszka? Biorę wszystkie!

Okrągła, ciemna twarz przekupi lekko się wykrzywiła.

– Naprawdę lubisz pommes cajou? Są takie cierpkie! Ale nie, nie są na sprzedaż, dostałam je.

Postanowiłam, że tym razem nie ustąpie. Prezent czy nie, skoro ich nie lubi, to powinna dać się przekonać. Spróbowałam ją zmiękczyć kupując kilka marchewek. Nic z tego. Nadal patrzyła na mnie z niesmakiem. Za to udało mi się dowiedzieć kto taki potajemnie rozdaje pommes cajou na targu. Nieśpiesznym ruchem głowy sprzedawczyni marchewek wskazała mi siedzącą niedaleko staruszkę.

– To Man* Sylvie mi je dała.

Sprawy nie mogły potoczyć się lepiej! Man Sylvie znam dobrze, bo od dawna kupuję u niej świeżą gałkę muszkatołową i malutkie banany. Czasem przyprowadzałam też do niej wakacyjnych gości, bo domowej roboty poncz kokosowy z jej straganu nie ma sobie równych. Kilka miesięcy temu obdarowała mnie też aloesem z własnego ogrodu, żebym zgodnie z zaleceniami fizjoterapeuty mogła wyleczyć bliznę po operacji palca. Wiedziałam, że nie odmówi mi pommes cajou, nawet spod lady.

Man Sylvie to jedna z legend targu w Trinité. Nie wiem ile ma lat, ale na pewno dawno zdmuchnęła 80 świeczek. W młodości musiała być przepiękną kobietą. Szczupła, wysoka, dumnie wyprostowana, chowa pod kapeluszem długie, niemal siwe włosy. Wielkie ciemne oczy kontrastują z dość jasną karnacją. Man Sylvie trzęsą się dłonie i głos, mówi i rusza się powoli, ale nadal zna się na handlu. Trudno odejść od jej straganu z pustymi rękami. A może trochę wanilii? Albo banany? Mają dojrzeć na jutro, to dojrzeją, wcale nie są takie zielone! Nie? To może konfiturę z gojawy ? A to jest mąka z kłącza „Barbadosu”, to taka bulwa, dla dzieci niejadków. Jak jeszcze nie masz dzieci, to może chcesz orzechy koli, można je namoczyć w winie, to świetne na anemię. Ja oczywiście do niczego nie namawiam, ale obejrzyj co tutaj mam!

Ruszyłam więc w stronę straganu Man Sylvie, która na mój widok natychmiast wstała. Ale na jej stole nie zauważyłam ani jednego jabłka nanerczowego.

– Jak się masz? Późno dzis przyszłaś, byłaś rano w pracy? Zostało mi już niedużo bananów!

-ça va ça va! Man Sylvie, twoja sąsiadka mówi, że to ty dałaś jej w prezencie pommes cajou. Ale widzę, że już się skończyły?

Znów poczułam, że moje zainteresowanie tym owocem wydało się zaskakujące. Staruszka nie odpowiedziała, tylko otworzyła jedną z siatek schowanych przy kasie i wyjęła z niej trzy owoce. Bez słowa podała je sąsiadce – szczęśliwej posiadaczce wagi. 2€. Nie wiem po co ważyć owoce, skoro i tak takie paczuszki zawsze sprzedaje się w tej samej cenie. Może dla rytuału. Wolałam nie pytać, cena jak na owoce spod lady i tak wydała mi się niemal symboliczna. Spytałam Man Sylvie skąd pochodzą jej pommes cajou.

– A z Trinité, lokalne. A wiesz, że możesz zjeść ten orzech? Tylko trzeba go najpierw uprażyć.

– Na patelni, jak kawę?

– Ależ nieee! – zaprzeczyła z tym typowo lokalnym akcentem. Kreolskie „Mais nooon” jest zawsze pełne rozbawienia i politowania – Na żadnej patelni. W ogniu! Jak go nie upieczesz to możesz się poparzyć. Olejek ze świeżej skorupki piecze palce, trzeba te orzeszki uprażyć. Sama zobaczysz.

noix

Dokupiłam kilka bananów, wszystko ułożyłam w bawełnianej torbie tak, by inne owoce nie zgniotły delikatnych jabłuszek i pognałam do domu. Podszewek nigdy nie miał okazji spróbować pommes cajou. Z radością pokazałam mu cudem zdobyte skarby.

– Zgadnij co to jest!

Mój towarzysz ma dużo mniej ekstatyczne nastawienie do próbowania nowych owoców. Smakują nam zupełnie inne rzeczy więc na moje eksperymenty często reaguje podejrzliwie. Źle wspomina żucie gorzkich orzechów koli a moich imbirowych, ostrych jak diabli domowych cukierków nie jada nawet z grzeczności. Gdyby to on robił zakupy jedlibyśmy tylko słodke ananasy, melony i wielkie pozbawione włókien mango importowane z Dominikany. Na nowe znalezisko spojrzał więc najpierw niechętnie. Ale po chwili uśmiechnął się.

– Pommes d’eau! Owoce czapetki malajskiej! Lubię pommes d’eau.

– Pudło. Popatrz na ogonek. To nie jest czapetka. Choć kształt ma podobny, masz rację.

– Poddaję się. Wiesz że nie znam nawet nazw tych owoców, ktore jemy często. Wszystko mi się myli.

– Ten ogonek to orzech nerkowca w łupince, zobacz! Niesamowite, nie? I wyobrażasz sobie, że jedna starsza kobieta, która miała je na targu, nigdy ich nie jadła? I że zrobi z nich sok?

– Ty byś chciała, żeby wszyscy wcinali owoce tak jak ty. Przecież moi koledzy z pracy prawie nigdy nie jedzą owoców ot tak, na surowo. Wszystko przerabiają na soki. Claudine ma całą zamrażarkę soków domowej roboty. Ale wiesz co… spróbuję tych jabłek, będę mógł się przed nimi pochwalić, skoro to takie rzadkie owoce.

Bardzo delikatnie umyłam pommes cajou, które przy każdym dotknięciu wypuszczały coraz wiecej soku. Podszewek ugryzł pierwsze jabłko zalewając sobie całą brodę.

– To bardzo intrygujący smak. Połowa mi wystarczy. Nie jest złe… ale ma w sobie coś dziwnego. Możnaby z nich robić gumę do żucia.

Żeby uniknąć kolejnego potopu resztę jabłek postanowiłam pokroić. Nawet pod ostrym nożem jabłko zachowywało się trochę jak gąbka: wypuszczało bardzo dużo wody jednocześnie stawiając opór miąższem. Jakby łatwiej było je zgnieść niż pokroić. Udalo mi się jednak przygotować niewielkie kawałki krojąc owoce nad miseczką, by zmarnować jak najmniej soku.

Gryząc pierwszy kawałek zrozumiałam co miał na myśli Podszewek. Guma do żucia! To prawda, przy każdym kęsie owoc rozkładał się na niesamowicie orzeźwiający sok i gumiasty miąższ, włókna trudno było przegryźć, ale wcale nie było to nieprzyjemne. Nie potrafię sobie przypomnieć czy tak samo zachowywało się pierwsze jabłuszko, które jadłam trzy lata temu. Taki owoc byłby genialny na długą wędrówkę po górach. Niesamowicie gasi pragnienie! Jedząc kolejny kawałek zastanawiałam się jak opisać smak pommes cajou. Nie są za słodkie, wcale nie są kwaśne… Za to w ich leciutką słodycz wpleciona jest cierpka nuta, która mnie kojarzy się z pieprzem. Bardzo ciekawy smak. Może faktycznie zrobienie z nich soku nie jest złym pomysłem. Zmrożony byłby idealnym napojem na upał.pomme cajou

Pommes cajou to pewnie jedne z tych owoców, których nie opłaca się sprzedawać, są za delikatne.

Zastanawiam się co dzieje się z jabłkami z plantacji, z których pochodzą sprzedawane w sklepach nerkowce. Spadają na ziemię wraz z orzechami rozpadając jak zbyt dojrzały pomidor? Albo jedzą je ptaki? Może gaszą pragnienie robotników? Szperając w internecie trafiłam na film z Senegalu – tam z owoców robi się delikatny alkohol, coś w rodzaju cydru. A u nas?Ciekawe, czy na Martynice jest chociaż jedna prawdziwa nanerczowa plantacja.

A Wy mieliście okazję spróbować pomme cajou?

* Man to po kreolsku „pani”, ale słowo to tak „przykleja się” do imienia niektórych osób, szczególnie starszych szanowanych kobiet, że używane jest często nawet w rozmowach po francusku.

Enter your email address to follow this blog and receive notifications of new posts by email.

Dołącz do 14 obserwujących.

Starocie